Chcę być z Tobą…

Mmm… Spokojna, leniwa niedziela. Za oknem ciągle leje, więc dziś siedzimy w domu. Ale może to i dobrze, bo się wyspaliśmy i odpoczęliśmy. Czasem trzeba ściany deszczu, żeby nas zatrzymać :)

Właśnie zjedliśmy obiad i odczuwam teraz błogie rozleniwienie, a w dodatku mam wrażenie, że mi brzuch pęknie :P Dwa talerze pomidorowej z makaronem i naleśniki z czekoladą i bananami to jest to, co tygrysy, hobbici i wilkołaki lubią najbardziej. Sasasa.

A to pierwsze czytanie na dzisiejszy dzień, które sprawia, że przestaję się bać i spływa na mnie spokój:

Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy. On zniszczy rydwany w Efraimie i konie w Jeruzalem, łuk wojenny strzaska w kawałki, pokój ludom obwieści. Jego władztwo sięgać będzie od morza do morza, od brzegów Rzeki aż po krańce ziemi.


Nie mam co kombinować i planować, Bóg wszystko zaplanuje za mnie. Mieszkanie, dzieci, wszystko. Mogę zasypiać spokojnie, bo On się o nas troszczy i przez wszystko nas przeprowadzi. I nie muszę się schizować, że coś we mnie jest nie tak – bo On mnie akceptuje i przytula. Ech, żebym zawsze czuła ten jego uścisk. Ale z drugiej strony tęskona i uczucie samotności też jest dobre i potrzebne w każdym związku.

Ostatnio jakoś widzę wyraźnie, jak bardzo jestem stworzona do bycia w związkach. Jak bardzo jest we mnie to pragnienie „chcę być z Tobą jak najbardziej”, „chcę być z Tobą zawsze”, które sprawia że tak tęsknię – za Bogiem z jednej strony, choć w sposób bardziej wyciszony, a za Wilkołakiem z drugiej i jest w tym więcej gwałtowności i lęku przed utratą. Cóż, chciałabym strasznie mieć kolejne dzieci i dożyć z Krzyśkiem starości razem. Ale będzie jak Bóg da. Może będzie tak – On czasem spełnia właśnie te najgłębsze pragnienia.

Widzę też, że nie jestem pogodzona z tym, że moi rodzice i Kisiel są daleko od Boga. I nie są w tym szczęśliwi, choć upierają się, że są i że wiara jest śmieszna. Tylko że za ośmieszeniem wiary idzie ośmieszenie nadziei i miłości, a kiedy tych zabraknie, to robi się totalny bajzel. Nie mogę nic na to poradzić, tylko się modlić. I mieć nadzieję, że wymodlę, jak matka św. Augustyna. W sumie od ateizmu jest bardzo blisko do świętości, trzeba tylko przekręcić kurek. W każdym razie byłam wczoraj u nich na obiedzie i czuję takie rozdarcie jak zwykle po wizycie tam. Po pobycie u rodziców Krzyśka tego nie ma. Raczej złość na to, że czytają takie pierdoły jak „Wróżka” i doskonale mieszają katolicyzm z feng shui i innymi wschodnimi rzeczami, nie widząc w tym nic złego. Cóż, rodzina… Jak dobrze, że już tworzymy własną i mogę się czuć w niej jak człowiek. A nie coś, co ma spełniać czyjeś ambicje i być grzeczne, żeby nie sprawić przykrości.

Wilkołak i Gabryś siedzą w pokoju i bawią się klockami, a w tle leci muzyka Bacha. Zaraz będziemy kąpać i kłaść spać małego, a potem obejrzymy kolejny odcinek „Gry o tron”. Życie jest piękne :)

Rivulet

Wpis opublikowaliśmy 3 lipca 2011

Pierwsze kroczki :)

Jak w tytule, Gabryś nabrał sił podczas długiego weekendu i zaczął chodzić samodzielnie. Dalej preferuje łażenie na czworakach, ale już zdarza mu się zrobić parę kroków bez trzymania czyjejś ręki czy nogi :P Dziś tak rano podszedł do taty na pożegnanie, jak Krzysiek wychodził do pracy. Jesteśmy dumni :D

Poza tym po długim czekaniu wykluł mu się w końcu ósmy ząbek – męczył go już od dłuższego czasu. Też dzisiaj. Tak więc siedzę w domu, czekam na obiad i obserwuję mojego małego dżentelmena, który ciągle nas czymś zadziwia :) A po obiedzie pójdziemy znowu na spacer.

Ładnie jest, powoli do mnie dociera, że są wakacje i ja też muszę odpocząć po całym roku. Byliśmy u teściów cztery dni i trochę odetchnęliśmy z dala od Krakowa, pracy i domu. Mam nadzieję, że w sierpniu pojedziemy nad morze. A w weekend jakiś skoczymy wreszcie w góry :)

Rivulet

Wpis opublikowaliśmy 27 czerwca 2011

Bita śmietana, burza i bociany.

W sumie miałam to pisać wczoraj, ale rozbolała mnie głowa :P (no cooo…). A notka będzie radosna.

Zdaliśmy tydzień temu egzaminy (na 5, haha, jak to nazwała Al – katolickie kujony :P ). No i mamy teraz luzik, co tydzień nasz weekend będzie się składał z 2 dni, w co do tej pory nie możemy uwierzyć. Wzięliśmy się więc za odpoczywanie pełną parą, bo ostatnio to tylko sajgon był i życie z dnia na dzień.

A teraz… Wieczorem filmy przy lodach z bitą śmietaną. Btw zauważyłam, że bita śmietana wywołuje u mnie ten sam efekt, co gorący prysznic – totalny relaks… Znaczy nie sama, ale np. z kawą albo lodami. Echhh. Spacery, czytanie ulubionych książek (a nie wymuszonych). Kupiłam sobie nowego Pratchetta i niestety już został przeczytany, no ale :) O czarownicach, więc mogłam sie znowu utożsamiać z Nianią Ogg. I ta jej część we mnie się dziko uśmiecha, kiedy patrzy na tytuł tej notki i myśli: gra wstępna, seks i owoce xD Ale notka nie o tym :P

W zeszłym tygodniu byli teście i przywieźli dwa koszyki truskawek. Też już zostały zjedzone, ale – matko, jakie czasami życie jest smaczne…

Wczoraj wieczorem była u nas mega burza, a po niej jeszcze wyszło słońce, po raz pierwszy chyba tego dnia. Swoją drogą siedzenie w domu, kiedy burza szaleje za oknem, jest cholernie przyjemne. Poszłam z Gabrysiem na spacer jak się już rozjaśniło i było niesamowicie. Kolory takie świeże, jak przy stworzeniu świata. Słońce było już dość nisko i rzucało ostre światło. Wszystko było mokre i pachnące. Jaskółka śmigała koło nas nisko, tuż nad kałużami – jeszcze nie widziałam czegoś takiego. A potem przejechaliśmy obok komina z bocianami (stara chałupa została zburzona, ale zostawiono komin, bo jest na nim bocianie gniazdo). I akurat jeden z bocianów (cały jeszcze zmierzwiony i ociekający) sfrunął nam przed nosem dosłownie i poleciał w łąki, pewnie zapolować. Niesamowity widok, aż mnie ciarki przeszły. W ogóle jest coś takiego w locie bocianów i łabędzi, że poezja przy tym wymięka. No piękne to było. Jeździliśmy jeszcze godzinę uliczkami. A co jakiś czas musiałam się zatrzymać i przenieść jakiegoś ślimaka na drugą stronę ulicy. Tak już mam od dziecka – nienawidzę widoku rozdeptanych ślimaków i je przenoszę. W ogóle jak dla mnie to ślimaki sa słodkie i milutkie :P

Tak to piszę i czuję, jakie to niemodne i mało stylowe tak się zachwycać wszystkim. Well, mogłabym tu napisać, że wszystko jest do dupy i że świat jest smętny. Może byłoby to wzniosłe i dorosłe, ale ja wcale tak nie myślę. I jak przeżywałam to wszystko, jadłam te truskawki i bitą śmietanę, słuchałam odgłosów nadchodzącej burzy na schodach z książką na kolanach, czułam zapach mokrych lip, patrzyłam na wyprane po burzy ptaki – to czułam się przytulana i kochana i wiedziałam, że to Bóg jest taki dobry i chce, żebym się cieszyła tym wszystkim. Bo ja zawsze mam wyrzuty, że nie powinnam się cieszyć (schizy wyniesione z domu między innymi). Ale będę się cieszyć, bo On tego chce. I to jest dla mnie dobre. W ogóle warto zostać w środku gdzieś tym zdziwonym i zachwyconym dzieckiem. Przede wszystkim dlatego, że dziecko zawsze ufa, że będzie dobrze. I to jest ta właściwa droga.

A teraz – czekam tylko na góry… Czuję, że już niedługo się w nie zanurzę.

Już nie znikną góry z twoich wspomnień,

oczy ikon, nieprzebyty szlak,

szumu jodeł nie da się zapomieć,

będziesz do nich wracał w swoich snach…

Rivulet

Wpis opublikowaliśmy 20 czerwca 2011

Błogosławieństwo.

Po paru dniach burzowo-upalnych nastało zimno i deszcze. Ale i tak jest pięknie, bo czuć już, że jest lato. Rano o 8 musiałam pójść po chleb, bo jakoś nic nie było na śniadanie. Kropiło trochę, ale tak pachniało… Ten mój ukochany zapach mokrych łąk… Od razu się chciało żyć. W dodatku chleb był pyszny i świeży, wcinaliśmy z Gabrysiem aż okruszki leciały :P No i do tego zrobiłam kakao i jajka na twardo echh dawno tak się nie najadłam rano :) Jutro mamy finalne egzaminy na str. Ale jakoś specjalnie się tym nie przejmuję, bo w sumie to powinni nam zaliczyć od ręki. A potem wieczorem jest czuwanie – Zesłanie Ducha Świętego. Szykuje się znowu długi dzień :) Byliśmy wczoraj u znajomych, którym niedawno urodził się synek (zresztą urodzinki będą obchodzić w jednym dniu z Gabrysiem). Mają już czwórkę dzieci i było tak fajnie je zobaczyć. Pewnie, że im ciężko i są trudności logistyczne :P ale wczoraj bardzo mnie to poruszyło, jakim każde dziecko jest darem i błogosławieństwem z góry. Nawet takie, które jest zaskoczeniem. A zwłaszcza mnie rozwalił widok tego najmłodszego Szymka, którego życie w czasie ciąży było zagrożone (poważne zagrożenie poronieniem, w zasadzie to cud, że żyje), a jednak mógł się urodzić i teraz będzie rósł sobie i w ogóle.Tak pozostając w temacie, to znalazłam ostatnio taką stronkę: [URL="http://potrojnycud.blogspot.com"]http://potrojnycud.blogspot.com[/URL] Jak jeszcze ktoś mi powie, że współczuje matkom w ciąży i że nie warto mieć dzieci (ostatnio do mnie docierały takie rewelacje z różnych źródeł), to niech spada na drzewo.W zasadzie to już sama nie mogę się doczekać kolejnego :) Ale na razie cisza… Bóg da wtedy, kiedy to bedzie dobre.A może najpierw będę musiała małego odstawić? Inna sprawa, że ten rok przerwy i przyzwyczajenia się do nowego życia dobrze mi zrobił :) Dobra, idę się trochę pouczyć, korzystając z drzemki małego. CiaoRivulet

Wpis opublikowaliśmy 10 czerwca 2011

Roczek minął :)

No i świętowaliśmy w sobotę pierwsze urodziny Gabrysia. Była impreza dla naszych najbliższych – czytaj przyjaciół. Dziadkowie niestety z różnych względów nie mogli być i w związku z tym będą poprawiny.

Moja mama ma właśnie operację i piszę, żeby się nie denerwować aż tak, bo aż mnie sparaliżowało.

W związku z tym napiszę coś o naszym jubilacie, który właśnie rozrabia za moimi plecami i próbuje wrzucić coś do działającej pralki.

Gabryś dostał w prezencie mega wielkiego misia, który jeszcze długo będzie większy od niego. Poza tym kolorowe klocki, książeczkę, płytę z kołysankami, kostkę z układankami do wsadzania, no i ulubione placuszki z rodzynkami i płatkami owsianymi. Teraz jest się czym bawić. Poza placuszkami, które zostały zjedzone i na szczęscie nie służyły do zabawy :P

Był też tort z jedną świeczką, zrobiony przez Wilkołaka. Razem zdmuchiwali świeczkę :) Na szczęśćie mamy kamerę, więc moglismy uwiecznić tą chwilę.

Co poza tym u nas… Nową i ulubioną rozrywką małego jest przechodzenie przeze mnie (kiedy leżę) tudzież przez tunel zrobiony z moich nóg. Może tak łazić tam i z powrotem i się nie nudzi.

Poza tym uwielbia wsadzać różne przedmioty do pudełek i kubełków. Ostatnio była zabawna sytuacja, bo próbował wsadzić książeczkę do kubełka (takiego z zestawu do piaskownicy) i się nie mieściła. Poszłam na chwilę do kuchni, wracam, a tu Gabryś z triumfem na twarzy stoi oboj kosza na śmieci, wypełnionego do połowy brudnymi pieluchami, a od połowy jego zabawkami, w tym wspomnianą książeczką, piłką i samochodzikami. Nie chciało wejść – to weszło gdzie indziej :P Wyciągnęłam szybko zabawki, ale generalnie to musiałam go pochwalić za inwencję.

Jako że od dłuższego już czasu jemy razem i w sumie mniej więcej to samo, więc nabraliśmy pewnych przyzwyczajeń przy stole. Nowością jest – uwaga – karmienie mnie przez Gabrysia. Kiedy mały nie chce już jeść, teraz nie wywala wszystkiego na podłogę, ale wyciąga rączkę z kawałkiem jedzenia w moją stronę i kiedy się nachylę, to wkłada mi do buzi. Jest przy tym bardzo zadowolony, że on też mnie może nakarmić. A ja jestem wtedy w stanie zjeść wszystko – bo to takie rozwalające, kiedy tak robi… Hm może stwierdził, że jestem za chuda :D W każdym razie powtarza ten gest dopóki całe jedzenie nie zniknie ze stołu.

Właśnie dostałam info od Kisiela, że już po operacji, że się udało ino boli bardzo :( Ale dzięki Ci, Panie.

Dziękuję wszystkim, którzy się modlili w tej intencji.

Ok muszę kończyć, bo mój już-nie-niemowlaczek zrzędzi, że chce się bawić. Więc idę.

Rivulet

Wpis opublikowaliśmy 6 czerwca 2011

Trochę o sobie w deszczowy dzień.

Już w sobotę urodziny Gabrysia. Właśnie mały śpi, a ja patrzę za okno na zasnute chmurami niebo, słucham piosenek Lipnickiej i się zastanawiam…

…jak to jest, że ja każdego dnia muszę OD NOWA przekonywać się, że warto. Codziennie rano wstawać, kiedy Gabryś stwierdzi, że już czas i zbierać siły do nowego dnia. Czemu nie mogę być stabilna wewnątrz, zorganizowana, prująca przez rzeczywistość jak lodołamacz? A ja stoję na jej brzegu i zastanawiam się przez godzinę, czy zamoczyć stopę.

Każdego dnia na nowo potrzebuję słyszeć, że jestem kochana, że jestem piękna. Że będzie dobrze. Kiedy brakuje jakiegoś drobnego elementu, to niebo mi szarzeje nad głową i zaczynają się wątpliwości – co zrobiłam źle, co powiedziałam nie tak, a może w ogóle przestałam sie podobać?

Wiem, że powinnam czerpać pewność tylko z relacji z Bogiem (niby tak, ale…) i nie dziwię się, że mój świat to dla takiego Wilkołaka musi być pod tym względem totalny kosmos. Staram się nie mieć żalu. No ale…

I dlaczego – jak zawsze tego żałuję – nie mogę być stabilna emocjonalnie i psychicznie jak głaz. A ja przypominam łódkę na jeziorze. Jak nie wieje, to dobrze. A jak wieje, to ja też zapierdalam wte i wewte. Dobrze, że jest jeszcze przy mnie Specjalista Od Chodzenia Po Jeziorach i już od ćwierćwiecza bierze mnie wtedy na hol. Bo byłoby kiepsko, skalisty brzeg i totalna kraksa. A tak to płynę dalej. Płyniemy…

Zaraz zrobię błąd
zrobię to specjalnie
moja głowa śpi i dobrze mi z tym

Znów zmarnuję czas
choć to tak banalne
skoczę prosto w ogień i spłonę w nim

Doceniam że
tak starasz się
powstrzymać mnie
Dziękuję Ci
że jesteś obok

Problem w tym, że ja
nie potrafię stać
gdy szaleństwo tak słodko mi w duszy gra

A. Lipnicka


Mały się obudził. Trza coś zszamać i chyba pójdziemy na spacer :)

Rivulet

(rozkminianie z Alnilam)

Wpis opublikowaliśmy 2 czerwca 2011

Z naszej bajki.

Późny wieczór. Skończyłam pisać o różnych małopolskich cerkwiach i kościołach bliskich sercu. Jak mam już o czymś pisać, to o tym co lubię, nawet jeśli to zlecenie ;) W tle Wilkołak naprawia nasz czajnik. A małe wilkołaczątko już smacznie śpi od dawna.

Zbliżają się pierwsze urodzinki naszego szkraba. Nie wiem co mnie bardzie dziwi – to że mały już będzie rocznym dzieciaczkiem, czy to że tak szybko ten czas minął… Skoro rok minął jak chwila, to co będzie z kolejnymi?

Dziś dzień przyjemny, bo w naszej skotnickiej chacie była Alnilam i wreszcie mogłam pobyć z kimś normalnym i nie czuć się sama. W ostatnim czasie nie wychodziłam zbyt często gdzieś dalej, bo jesteśmy z małym przeziębieni i ani on nie ma na to siły, ani ja. Także czułam się wyalienowana, no ale już mi lepiej :) Zastanawiam się tylko ze zgrozą, co będzie, jak Alnilam gdzieś dalej wybędzie :o A na to się zanosi.

Jest jeszcze coś, ale to już temat na osobną notkę. W każdym razie proszę o modlitwę w intencji mojej mamy, która ma operację w przyszły poniedziałek. I nie umiem się tym nie martwić, choć nic nie mogę zrobić poza zaufaniem, że będzie dobrze. Cóż ufam ale martwię się i tak. Ech.

I tak to się snuje i tupta czas. Lato jest i czuję się tu kolorowo i dobrze. Może tu tego nie widać, ale każdego dnia jest coś, co mnie zachwyca – w naszym domu, w tym co za oknem i w ogóle. Na przykład dziś był moment, kiedy słońce wpadało do kuchni i oświetlało stół i wazon z kwiatami, a ja stałam przy kuchence z Gabrysiem przyczepionym do nogi i dotarło do mnie, jak jest pięknie…

Pozdrawiam na szybko, bo już kręgosłup woła o pozycję horyzontalną

Rivulet

Wpis opublikowaliśmy 31 maja 2011

Wieczorny potok świadomości.

Zaraz będzie pólnoc. Moi faceci śpią (obaj przeziębieni…), a ja ślęczę nad poezją tatrzańską i miłosną (don’t ask). Oczywiście spodobało mi się to tak bardzo, że dawno już wyjechałam z Młodej Polski. Chyba mam w sobie coś z Nani Ogg, skoro trochę erotyków poprawia mi humor xD

W głębi lasu rozpinałem jej kubrak czarny

Zapinany na kielich konwalii

Zioła patrzyły ze zdumieniem

na rękach ją niosłem

całując brzuch

mały i śniady jak dłoń

Który urodził ten czerwcowy dzień

długi jak jej suknia

Jerzy Harasymowicz

Co u nas? Weekend spędziliśmy u teściów i był udany, bo mogliśmy małego z dziadkami zostawić i pobyć trochę sami. I wszyscy byli zadowoleni :) Oni poszaleli razem, a myśmy pojeździli na rowerach po lesie, byli na lodach i wreszcie mogli trzymać się za ręce, a nie za wózek.
Poza tym jakoś mi ciężko ostatnio i wlecze się za mną ciągłe poczucie winy. Nie wiem, czy to już uwiera długi brak spowiedzi (ponad miesiąc już wyszło, a w niedzielę się nie udało), czy co. Jest dobrze, dni jasne, a ja siedzę w domu i czasem mam wrażenie, że coś mnie oskarża o wszystko. Że mieszkanie nie posprzątane, obiad nie ugotowany, że nie pracuję i nie zarabiam, że nie jestem zaradna, że Gabrysia źle wychowuję i cholera wie co jeszcze. Aż ciężko oddychać czasem. Może to schizy z dawnego domu wracają, kiedy mama miała do mnie pretensje niemalże o to, że żyję i jednak dobrze to jeszcze pamiętam… Ale ciężko się uwolnić. Tęsknię za Aslanem… i byciem w Niebie.

Z kolumny skalnej patrząc w toń błękitu,

w złotego słońca promiennej ozdobie,

brałem kwiatek twardego granitu

z myślą o tobie.

W cichej dolinie, gdzie srebrzysta rzeka

Wali się z szumem w głąb przepaści ciemną,

gdym zrywał kwiaty, choć wówczas daleka,

ty byłaś ze mną.

Dziś, gdy godzina rozstania wydzwoni,

nie dam kamienia, bukietu nie splotę,

dam ci cos więcej, bo z serca, nie z dłoni:

żal i tęsknotę…

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Ale dzieje się dużo dobrego. Dziś byłam na spacerze sama wieczorem i dosłownie wszystko mi mówiło, że mnie ktoś pokochał :) Akacje zakwitły, na łąkach pełno różowych łebków koniczyny i wszystko pachnie… Było ciepło, choć już po 18tej, a ja siedziałam w trawach pośród jaskrów. Od początku tego roku mam silne przeświadczenie, że nie umiem się modlić w ciszy, sama, bo zaraz myślę o czymś innym. Ale jak wyjdę na pola, to zaczynam się modlić automatycznie. Cóż, może Bóg musi się ze mną komunikować poprzez kwiatki…
Przeczytałam „Autobiografię” Badeniego i też mi to pomogło bardzo. W takich momentach najlepiej mi robi, jak przestanę rozkminiać swoje schizy i historię i zajmę się kimś innym. A w niedzielę na eucharystii był misjonarz z Paru i mówił o ewangelizacji wśród Indian. Aż mną rzuciło w ławce i zamieniłam się w parę uszu. Hehe gdybym była sama, to pewnie bym teraz tam pojechała :P Ale na razie muszę być tu.
W sumie to ostatnio mnie zachwyciło to drugie powołanie. Mówię drugie, bo moje dla mnie jest pierwsze :P Zawsze miałam wątpliwości co do księży i zakonników, a zakonnic to już zwłaszcza – ale to chyba się za mną ciągnął cynizm domu wyjściowego – a teraz mnie ta możliwość rozwala. Znaczy w moim przypadku to już po ptokach :P Ale generalnie nie miałabym nic przeciwko, gdyby któreś z moich dzieci (o ile będzie ich więcej) obrało taką drogę, bo to niesamowite…

Oczy me pełne ciebie, jak polne krynice,

Gdzie niebiosa swe jasne odbijają lice.

Uszy me pełne ciebie, jak muszla echowa,

Co szumy oceanu w swojej głębi chowa.

Nozdrza me pełne ciebie, jak duszne ogrody

Zapachu róż szkarłatnej, królewskiej urody.

Wargi me pełne ciebie, jak pszczela pasieka

Pełna miodnego wina, kwiatowego mleka.

Dłonie me pełne ciebie, jak plecione kosze,

Gdzie jesień składa źrałych owoców rozkosze.

Serce me pełne ciebie, jak korona drzewa

Gniazd ptactwa, co upojną miłości pieśń śpiewa.

Dusza ma pełna ciebie, jako wirów morze,

Co nigdy uśpić swego szaleństwa nie może!

Leopold Staff

I już po pólnocy… Dotarło do mnie dziś, że chcę być matką, która: czyta książki, chodzi czasem na samotne spacery, ma czas dla siebie, jest zadbana, rozwija się. I nie zrzędzi, że lepiej było, kiedy nie miała dzieci. I przeprasza, kiedy coś spierdzieli :P Nie chcę już tu krytykować mojej mamy, bo coraz bardziej rozumiem, jak musiało jej być ciężko. Ale mogę mieć chyba swój własny program artystyczny, a powyższe punkty uważam za równie ważne jak przygotowany obiad czy odkurzona podłoga. I chcę być zawsze młoda w Duchu. Jak Badeni :)
Kończę nocne rozważania i idę spać. Jutro nowy dzień, a rano idę z małym do lekarza.
Co by nie było, będzie dobrze.
Rivulet

Wpis opublikowaliśmy 24 maja 2011

Szkrabencjusz na trawniku.

No i zrobiło się ciepło. W tym tygodniu każdego dnia spędzaliśmy na spacerze tak po 5 godzin średnio. Znaczy Wilkołak siedział w pracy biedaczek… Ale my z Gabrysiem wojażowaliśmy na całego.

Po raz pierwszy mogłam ubrać małemu koszulki z krótkim rękawkiem i się tym sasałam. Kupiłam mu już krótkie spodenki, żeby założyć jak sie zrobi naprawdę gorąco, na co mam nadzieję :) Tylko czapeczki na głowie nie lubi nosić i ją zrzuca namiętnie w pył drogi, ale cóż robić – jak tak słońce grzeje to czapeczka musi być :P

Nowym wynalazkiem Gabrysia jest schodzenie po schodach. Mamy jakieś 6 schodków do ogródka i młody najpierw niepewnie je traktował, ale dziś już ostro łaził tam i z powrotem po nich. Oczywiście na czworakach, bo tak łatwiej. Poza tym mały już jakiś czas temu załapał, że za drzwiami wejściowymi jest wolność i teraz tylko czyha, aż się otworzą i będzie mógł prysnąć w nieznane. A jak zamykam drzwi, to ryczy. Moja krew :D

Mamy nowe ulubione miejsca. Pierwszym jest plac zabaw – mały już się huśtał, kręcił na karuzeli (oczywiście ze mną), łaził przy drabinkach, zrywał mlecze i dmuchawce, wspinał po ławce. No jest co robić. A drugie miejsce to las. Jest tam chłodno, tajemniczo, a mały najbardziej lubi siedzieć na ścieżce i przerzucać kamienie lub piasek (ostatnio w butach i kieszeniach przywlókł do domu małą Saharę). Można też oczywiście obserwować drzewa i roślinki oraz próbować nie dać się zjeść mrówkom.

Generalnie rośnie nam mężczyzna w domu, bo to już nie niemowlaczek, a mały chłopczyk. Uwielbiam na niego patrzeć i się z nim bawić…

Rivulet

A tu zdjęcie z wyjazdu w zeszłą niedzielę :)
Wpis opublikowaliśmy 13 maja 2011

Chrzest Gabrysia i wyprawa do Rzymu…

W ostatnim czasie mogliśmy znowu bardzo mocno doświadczyć, jak bardzo Bóg nas kocha. Niesamowite to było i jestem mu za to cholernie wdzięczna – że daje tak piękne wydarzenia za darmo i nas przeprowadza przez wszystko z delikatnością i mądrością prawdziwego ojca.
W nocy podczas czuwania paschalnego Gabryś został chrześcijaninem. Rodzicami chrzestnymi są Alnilam i Paweł, czyli nasi świadkowie ze ślubu. Udało mi się znaleźć ładny prosty garniturek, śnieżnobiały. Gabryś wytrzymał do samego chrztu, czyli 3 w nocy, a dopiero potem zasnął. Próbowałam go położyć, ale był strasznie zaciekawiony że tyle ludzi, śpiewy i w ogóle. Nawet klaskał razem z nami do pieśni. A ja słuchając czytań zobaczyłam miniony rok i naprawdę dziękowałam Bogu, że możemy na niego czekać w trójkę i że Gabryś jest z nami, że urodził się zdrowy i naturalnie (a jednocześnie cudownie. bo czy ktoś słyszał o porodach na życzenie? w sensie bez prowokacji). Na chrzcie był mój brat z dziewczyną i też było to dla mnie poruszające, że mogą być z nami i uczestniczyć w tym wszystkim.
Tak więc święta Wielkiej Nocy minęły spokojnie i pięknie, a w dodatku w domu – dobry ten rok, bo wcześniej zwykle Wigilia była u moich rodziców, a Wielkanoc u teściów. Tym razem oba święta spędziliśmy w trójkę we własnym domu i jakoś lepiej i bez schizów dzięki temu to przeżyłam. Jednak co swój dom, to swój dom :)
A potem w czwartek wieczorem wyruszyliśmy do Rzymu. Jechaliśmy autokarem, całą noc i cały dzień. Gabryś był małym bohaterem pielgrzymki, bo zniósł wszystko dzielnie i bez problemów. W dodatku cieszył się towarzystwem ludzi, a Włosi i pielgrzymi z całego świata w Rzymie to już oszaleli na jego punkcie. Jak widzieli jego jasne włoski i niebieskie oczy, to wszyscy go przytulali i robili sobie z nim zdjęcia. Żartowaliśmy, że po papieżach jest tu najważniejszą osobistością :)
Dwa dni zwiedzaliśmy włoskie miasteczka, między innymi kościoły z pierwszych wieków, katakumby. Były piękne eucharystie. Urzekła mnie Toskania, z jej willami na wzgórzach, gajami oliwnymi, figami i rododendronami, domkami o pomarańczowych dachówkach… Jest tam jeszcze piękniej, niż w filmach – a zawsze lubiłam „Pod słońcem Toskanii”.
W sobotę wieczorem po wielu przygodach i mocnych przeżyciach dotarliśmy do Rzymu. Metrem przejechaliśmy do Watykanu i wylądowaliśmy na Placu Świętego Piotra. Niestety potem nas stamtąd wygonili, bo do 5 rano teren był zamknięty i wszyscy czekali na bocznych uliczkach. Przespaliśmy ze 2 godziny na karimatach na ulicy, po czym się okazało, że zaczęli otwierać bramki na główną ulicę przed placem i się zaczął galimatias… Tłumy takie, że nie było gdzie usiąść i wszyscy się przeciskali w stronę placu. Niestety, mimo że po paru godzinach stania z bagażami i małym śpiącym na rękach dotarliśmy prawie pod plac, musieliśmy stamtąd iść – bo baliśmy się o małego, a ludzie niestety zachowywali się jak bydło. Usiedliśmy w bocznej uliczce na schodach kościoła bodajże Santo Spirito, gdzie był telebim i w gronie innych osób zmęczonych tłumem chcieliśmy przeżyć mszę.
Jak tylko pokazali urywki z pielgrzymek i wystąpień Karola, to zaczęłam ryczeć jak bóbr, aż mi głupio było :D Trzymałam małego i wycierałam oczy. A potem przy czytaniu jego biografii wszyscy już płakali – Polacy, Włosi i kto tam nie był… Nie zapomnę tej radości, kiedy Benedykt powiedział, że Karol JUŻ JEST BŁOGOSŁAWIONY. Niesamowite…
A potem stał się cud. Cały dzień miałam nadzieję na 3 rzeczy: ładną pogodę (zapowiadali burze i zimno), dotarcie jak najbliżej Benedykta i Karola, no i przyjęcie komunii. A tu wydawało się, że kicha.
Po uznaniu Karola za błogosławionego Gabryś zaczął marudzić i stwierdziłam, że pójdę z nim na spacer. Zostawiłam Krzyśka z częścią naszej grupy i zaczęłam iść przed siebie. Nagle znalazłam się blisko placu. I tu coś niesamowitego – minęłam jedna barierkę, drugą… Strażnicy udawali, że mnie nie widzą… I wreszcie znalazłam się na środku Placu Świętego Piotra… Patrzyłam na Benedykta, ołtarz, kolumny i nie wierzyłam własnym oczom… A nad głową miałam błękitne niebo – prawie bez chmur. I było bardzo ciepło. Czułam się jak w niebie… Nie miałam wątpliwości, że przyprowadził mnie tam Karol. Zawsze żałowałam, że nie byłam u niego w Rzymie – i teraz nagle byłam tak blisko, z nim i uczestniczyłam w tych wydarzeniach. W dodatku Gabrysiem zaczęli się zajmować inni pielgrzymi – jakieś polski babcie, włoskie nastolatki i włoscy żołnierze – a ja mogłam się skupić na tym, co ważne… A potem był moment rozdawania komunii. Poszłam na chybił trafił przed siebie i dotarłam prosto pod księży rozdających. Potem okazało się, że udało się to naprawdę niewielu i z naszego autokaru oprócz mnie chyba tylko 1 osoba przyjęła komunię.
A potem wróciłam do Krzyśka, jeszcze przed błogosławieństwem. I dalej byłam w szoku po tym, co się stało… A później żeby to uczcić poszliśmy z naszymi na pizzę i lody (echhh co tu będę pisać, pycha….). I pozwiedzaliśmy Rzym po drugiej stronie Tybru. Zobaczyliśmy Panteon i Fontannę Di Trevi. I stwierdziliśmy że resztę zobaczymy przy okazji kanonizacji – bo musieliśmy już wracać do autokaru, znowu metrem.
Jak tylko wsiedliśmy do autokaru, na horyzoncie pojawiły się burzowe chmury :) Chyba zespół aniołów przestał dmuchać, bo impreza dla Karola się skończyła.
Wróciliśmy szczęśliwie i jacyś inni, znowu podbudowani i chcący – jak Karol – dawać świadectwo o tym, że Bóg jest i nas kocha…

Rivulet

Pod słońcem Toskanii…
Na Placu Świętego Piotra.
Mały pielgrzym w autokarze.

Wpis opublikowaliśmy 5 maja 2011

Zobacz koniecznie!